Przypadek? Nie sądzę.

20150504_174043

Nie pamiętam dokładnej daty. Marzec, rok 2013. Nie wiem jaki to był dzień tygodnia, kojarzę tylko, że tuż przed Wielkanocą. Spieszyłam się na spotkanie z A. Czekał na mnie w umówionym miejscu w centrum miasta. Ja wcześniej spędziłam parę godzin na zakupach w centrum handlowym. Miałam kilka minut, żeby dotrzeć spokojnie na miejsce. Ktoś inny miał kilka minut, żeby zmienić zdanie. Nie zrobił tego.

Pamiętam, że poszłam jeszcze do saloniku prasowego kupić ostatnią rzecz. Do teraz nie mogę sobie przypomnieć, co to było. Krzyżówki? Gumy do żucia? Sklepiki z prasą odwiedzam w ciągu roku rzadziej niż dentystę, więc co sprawiło, że tam zajrzałam?

Przede mną w kolejce stał jeden mężczyzna. Guzdrał się z zakupami, jakby co najmniej planował sześciotygodniowy wyjazd do Afryki, a kolporter był jedynym miejscem na zorganizowanie zapasów. Papierosy, totolotki, batony. Ucieszyłam się, że wreszcie odszedł od kasy. Już miałam prosić o tę jedną konkretną rzecz, która wtedy była mi tak niezbędna, a teraz nawet nie mogę jej skojarzyć. Wtedy ten gość się wrócił i poprosił jeszcze o zapałki. Znacie ten stan, gdy jeden taki gest powoduje, że poziom zdenerwowania podnosi się niebezpiecznie do granicy? Tak się wtedy czułam, bo z tyłu głowy miałam cały czas myśl o tym, że się spóźnię i A. będzie musiał na mnie czekać. Nie lubię się spóźniać. I nie lubię, gdy ktoś wybija mnie z rytmu. Zapałki. Głupie zapałki i najpowolniejszy człowiek na ziemi. Duet, który uratował mi życie.

Przez tego gościa wyszłam stamtąd dosłownie pół minuty później. Niby niewiele. Wystarczyłoby, żebym przyspieszyła kroku, a dotrę na czas. Niestety trafiłam jeszcze na czerwone światło przy przejściu dla pieszych, co znowu mnie spowolniło i zaczęłam już zgrzytać zębami. Gdy mignęło zielone, wystrzeliłam jak z procy. I wtedy kilkadziesiąt metrów przede mną coś spadło.

To zabawne, jak nasz mózg sam wybiera, co warto zapamiętać, a co nie. Nie mogę sobie przypomnieć daty, godziny, ani tego w co byłam ubrana i jakie rzeczy kupiłam. Pamiętam za to detale, których wolałabym nigdy nie poznać.

Pamiętam widok. Młody chłopak leżał na chodniku i wyglądał jakby po prostu stracił przytomność. Coś upiornego było w jego oczach, otwartych szeroko i wpatrujących się przed siebie. Dopiero później mój wzrok wyłapał pękniętą czaszkę i chodnik zmieniający kolor na czerwony.  

Pamiętam dźwięk. Ostry, suchy, trzaskający. Zupełnie tak, jakby ktoś zrzucił z dużej wysokości drewnianą paletę. Tak, taki właśnie jest odgłos łamanych kości.

Pamiętam ludzi. Początkowo patrzących z powątpiewaniem i niedowierzaniem, później odchodzących pospiesznie gdzieś w tył, chowających się za przystankiem autobusowym. Zupełnie jakby nie chcieli uwierzyć i brać udziału w tym, co się stało.

Pamiętam moją reakcję. Odrętwienie. Zatrzymałam się w miejscu i przez kilkadziesiąt sekund nie mogłam zrobić żadnego kroku. Dotarło do mnie, że gdyby nie kilka zbiegów okoliczności, mógł spaść na mnie. Poczułam się tak, jakbym dostała cios pięścią w sam środek żołądka. Przestałam oddychać. 

Później wszystko potoczyło się jak w zwolnionym tempie. Ktoś zadzwonił na policję, dwóch panów próbowało chłopaka reanimować. Ktoś krzyknął, jakaś pani zemdlała, inni biegli. Ja szłam. Krok za krokiem, chciałam jak najszybciej opuścić to miejsce, ale moje nogi mnie nie słuchały. A. powiedział, że jeszcze nigdy nie miałam tak szeroko otwartych oczu. 

Jakiś miesiąc później w wiadomościach pojawiła się informacja o dziewczynie, na którą spadł samobójca. Beata Jałocha. Jej historia przeszyła mnie do szpiku kości. Oba wydarzenia dzieliło kilka tygodni i kilkaset kilometrów na mapie. Różniło nas tylko tyle, że mi los sprzyjał nieco bardziej i przetrzymał mnie te kilkanaście sekund.

Po takim wydarzeniu ciężko wrócić do normalności. Pamiętam kilka kolejnych dni. Wszyscy pytali co się stało, chcieli, żebym opowiadała całe zdarzenie raz po raz. Żartowali, mówili „ale bajer”, „jak w filmie”. Ja wolałabym zapomnieć. Centrum handlowe omijałam szerokim łukiem bardzo długo. Do dziś przechodząc tamtędy idę krawężnikiem, żeby tylko nie znaleźć się na chodniku. Teraz wydaje mi się, że to lepiej, że nie pamiętam dokładnej daty, bo wtedy co roku ten dzień byłby przeklęty.

Ostatnio Seeker pisała u siebie o zbiegach okoliczności i jej wpis zainspirował mnie do napisania tego tekstu. Nie oczekuję współczucia. Minęło kilka lat, żyję i cieszę się tym cholernym życiem najlepiej, jak potrafię. Chcę Wam tylko powiedzieć, że wierzę w przypadki. Bo mnie uratował przypadkowy pan z zapałkami. Mógł przecież kupić je gdzieś indziej. Mogłam na niego nakrzyczeć, że się spieszę, a on blokuje mi kolejkę. Mogłam wyjść wcześniej. Mogłam przechodzić tam centralnie w tym samym momencie, w którym ten biedny chłopak zdecydował się skoczyć. 

To tylko jedna z moich historii, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że opłaca się wierzyć w zbiegi okoliczności. Jednak ta najbardziej mnie dotknęła. Na co dzień, zabiegani, pochłonięci obowiązkami nie zwracamy uwagi na igraszki losu, które coś znaczą. Może jednak warto zacząć?

Pozdrawiam Was ciepło!

11 comments on “Przypadek? Nie sądzę.
  1. Słyszałam o tym zdarzeniu i współczuje Ci, że musiałaś być tego świadkiem… Co nie zmienia faktu, że miałaś ogromne szczęście! Ja ogólnie jestem zdania, że to na co najwięcej narzekamy i się złościmy jest nam czasem po prostu niezbędne by przeżyć :-)

    PS Pomyśl co musiał czuć MJ kiedy zaspał na spotkanie umówione w WTC, w dniu zamachu.

    • Poprawka – to były dwa osobne wydarzenia. Oddalone od siebie w czasie o kilka tygodni i kilkaset kilometrów… Mnie uderzyło to, że ja mogłam skończyć tak jak tamta dziewczyna…

      Dokładnie. Wszystko co nas spotyka dzieje się po coś. Mimo, że na początku wydaje nam się totalnie bez znaczenia.

      Pozdrowienia!

  2. Szczęka mi opadła po prostu…………..

    Nie wiem, co jest bardziej szokujące: te przeszkody, które opóźniły Twoje przybycie na umówione spotkanie; to, czego byłaś świadkiem po wyjściu ze sklepu; czy fakt, że ten samobójca faktycznie na kogoś spadł i zrujnował tej kobiecie zdrowie……

    Ja też kilka razy otarłam się dosłownie o śmierć, a przynajmniej o ogromne uszczerbki na zdrowiu. Ale żeby tak się wszystko układało, jak Tobie, aby mnie „uratować” to nie pamiętam pomimo, że jestem wyczulona na zbiegi okoliczności. Niesamowita historia i warta każdej publikacji!! Polecę oczywiście Blog.pl.

    Dzięki za wzmianke :*

    • Poprawka – to były dwa osobne wydarzenia. Oddalone od siebie w czasie o kilka tygodni i kilkaset kilometrów… Mnie uderzyło to, że ja mogłam skończyć tak jak tamta dziewczyna…

      Nic nie dzieje się bez przyczyny. Tego się trzymam!

      Dziękuję :)

  3. Kiedyś czytałam – choć każdy wie, jak wiarygodne są internetowe źródła – że prawie przy każdym locie, który kończy się katastrofą nigdy nie ma kompletu pasażerów, bo ktoś w ostatniej chwili rezygnuje.
    Przypadek ma znaczenie.
    Poraził mnie brak empatii Twojego otoczenia, zarówno wobec osoby, która odebrała sobie życie, jak i Ciebie, bo to @*&%* nie było przyjemne i jak w filmie.

    • Niestety bardzo często jest tak, że ludzie odchodzą z miejsca zdarzenia. Bo chcą uniknąć komplikacji, problemów, pytań, wyjaśnień. Prościej jest sobie odejść i wrócić do swoich spraw. Niestety.
      Niektórzy też uciekają z szoku, czego przykładem jestem ja. Bo totalnie odcięło mi połączenia między mózgiem a resztą ciała…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>