Piątek 13-go i koniec świata!

Znacie to uczucie, kiedy wchodzicie do Biedronki, żeby kupić jeden produkt (w moim przypadku płatki owsiane), przechodzicie koło stoiska z książkami za grosze i nic nie czujecie, tylko przechodzicie dalej, bierzecie towar, idziecie do kasy, płacicie i wychodzicie ze sklepu z uśmiechniętym Do widzenia.? Ja też nie.

Aż do dzisiaj. Pierwszy raz w życiu kupiłam tylko to, po co przyszłam. Śliniąc się przy regale z pozycjami książkowymi mój wewnętrzny głos oszczędzania powtarzał mi czule Nie kupuj. Możesz wypożyczyć. Poczekaj do wypłaty. Kup płatki. I czekoladę. Po co ci książka, jak możesz mieć czekoladę. I ja mu się poddałam. Ot tak, bez walki. I byłam z siebie taka dumna. Taka dumna! I ściskałam w ręku tę czekoladę (i płatki) i pewnym krokiem pomaszerowałam do kasy. I uśmiechnęłam się do pani kasjerki. I szybko odpowiedziałam, że nie zbieram naklejek. I dałam pieniążki, wyliczone co do grosza. I nawet nie zerknęłam już w stronę książek.

I byłam ciągle taka dumna, jak mały niedorozwinięty pawik owinięty dwumetrowym szalem, bo zimno. I na parkingu dalej byłam zadowolona, bo zaoszczędziłam pieniążki. I wsiadając do auta też się cieszyłam. Bo czekolada to jednak daje szczęście, proszę Państwa, bez dwóch zdań.

I pewnie już wiecie, czytając tutaj te moje śmieszne wypociny, które publikuję dla Was od kilku miesięcy, że moja miłość do słodyczy jest przeogromna. Prawdopodobnie większa niż cała nasza galaktyka. I tylko moja miłość do A. sięga do kolejnej galaktyki. Bo gdybym miała wybrać między nim a ciastem karmelowym z orzechowym spodem, nadzieniem śmietankowym i polewą o grubości dwóch centymetrów…omatkoscórko… to wiadomo, że wybrałabym jego. Pana A. w sensie, nie ciasto. A potem bym go zjadła, bo tak by mi wzrósł apetyt.

I ja naprawdę, nigdy nie zrezygnuję ze słodyczy, mimo, że na co dzień stosuję ich zdrowsze zamienniki. I jestem uzależniona, przyznaję się bez bicia. Ale to takie cudne uzależnienie, dające tyle radości. I gdybym miała wybrać bajkową postać, z którą się utożsamiam, to (oprócz Zazu i Rafiki) byłby to z pewnością Ciasteczkowy Potwór.  I ja siedząc w tym aucie myślałam sobie, jaki cudny będzie ten piątek 13-ego. Wszystko się uda, nic złego się nie przydarzy.

5ed0f59700036fd351a0b1bd

I wtedy uświadomiłam, sobie, że ja w tym sklepie dokonałam pewnego wyboru. Nie między książką a czekoladą. Nie, nie, nie. To, w kontekście tego, co zaraz przeczytacie, to jest pikuś. Ja dokonałam wyboru między czekoladą mleczną z orzechami a czekoladą gorzką. Bo przecież człowiek tak naprawdę się rozwija, wtedy, gdy próbuje nowych rzeczy. I ja wczoraj pomyślałam Tak, chcę się nauczyć jeść gorzką czekoladę. I ja ją kupiłam, proszę Państwa. I co najgorsze, ja już zjadłam dwie kostki tej gorzkiej czekolady. I nie powiem, żebym była szczególnie zadowolona z tego obrotu spraw. Bo ciągle słyszę takie ciche wołanie Schoko-bonsów schowanych w szufladzie. Słodkich i cudownych. A ja taka zupełnie nieczuła na ich łkanie przeżuwam trzecią kostkę tej gorzkiej czekolady i, walcząc z narastającym uczuciem gęsiej skórki, się uśmiecham. Koniec świata!

I w ogóle to nie zwracajcie uwagi na to, że większość zdań w tej historii zaczyna się na literę I. Ta litera I to swego rodzaju przerywnik, wtrącenie. Każda litera I symbolizuję łzę, jaką ronią wszystkie kalorie, ukryte w moim słodkich zbiorach, które trzymam za lodówką na czarną godzinę. Bo one się czują po prostu zdradzone. Ja to czuję. I od teraz muszę jakoś z tym żyć.

I ten wpis, jest inny niż wszystkie, bo dla mnie się zaczyna dzisiaj jakaś nowa epoka. Coś jak odrodzenie, mój prywatny renesans. Od dziś nic już nie będzie takie, jak wcześniej. Życiowo będzie bardziej słodko, bo przecież muszę utrzymać jakiś balans. Może powinnam zacząć przemycać do codzienności więcej różu?

Zaraz, zaraz. Czy ja właśnie pomyślałam o różu? Czy czekolada gorzka ma jakieś działanie promieniotwórcze, blokujące przepływ neuronów? Ojej, chyba tak. W takim razie, muszę ją połączyć z moją standardową dietą cukrową (oczywiście dla zachowania zdrowia). A Wy nie traktujcie akapitu powyżej poważnie. Wykluczam kolor różowy! Żaden ze mnie Prosiaczek, żeby paradować w takich barwach. Chcę być jak Puchatek. Jeść, klepać się po brzuszku i być szczęśliwą. Tak. To dobry plan.

Z przymrużeniem oka życzę Wam miłego i słodkiego weekendu! :D

9 comments on “Piątek 13-go i koniec świata!
  1. Hahahaha :D
    Pierwszy akapit mnie rozwalił. A każdy późniejszy coraz bardziej wybałuszał mi oczy :D :D

    ŚMIERĆ RÓŻOWEMU KOLOROWI!!!!!!!! GRRRRRRRR

    Gorzką czekoladę polecam zacząć od mniejszych %, czyli np 55%, 60%. Ja bardzo lubię 70% z kawałeczkami skórki pomarańczowej. Nie wróciłabym już do takiej mlecznej- za słodka. Wielką fanką czekolady i tak nie jestem, ale stopniowe przyzwyczajanie się do gorzkiej czekolady skutecznie wypiera łaknienie na jej słodsze wersje.

    Kremówki są moją zdecydowaną słabością… Wszystko, co z kremem (ciasta kremowe, eklerki, ptysie, rurki z kremem i cała reszta!) :)

  2. Te stoiska z książkami w Biedronce to znęcanie się nad portfelami książkoholików :( Ile razy walczę ze sobą, by tylko spojrzeć i iść dalej… U mnie czekolada znika w mgnieniu oka, więc staram się zbyt często jej nie kupować :D Za to wszelkie ciastka kruche często goszczą na moim stoliku do kawy :))

  3. To gratulacje, że zmieniło się twoje nastawienie i umiałaś tak radykalnie zmienić swoją dietę i kupowane rzeczy :). Ja to za często nie jadam słody, chociaż wiadomo zdarza się raz na jakiś czas, ale raczej jestem z tych serkowych osób, która serki mogłaby pochłaniać i pochłaniać ale uczulenie na laktozę wszystko rujnuje i muszę nauczyć się żyć bez tego :(

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>