Czasami potrzebne jest przebudzenie.

Spójrzmy prawdzie w oczy. Na co dzień nie doceniamy tego, co mamy. Bo nie ma czasu, bo trzeba posprzątać, bo trzeba gdzieś pojechać, bo teraz to nie jest dobra pora na rozmowę, bo nie ma nastroju, bo brzydka pogoda, bo głowa boli albo sił już brak. Zajęci pracą, zakupami i nic nieznaczącymi sprawami zapominamy o tych najprostszych, drobnych rzeczach, które sprawiają, że życie ma smak. 

Czasami zdarza się, że jakiś film wywiera na nas tak duże wrażenie, że coś się zmienia. Tak było w moim przypadku po obejrzeniu produkcji Przebudzenia (1990) w reżyserii Penny Marshall. Mój A. wspominał mi o niej chyba rok temu, ale szybko wypadła mi z pamięci. Kilka dni temu natknęłam się na tę pozycję zupełnie przypadkowo i jestem wstrząśnięta. Pozytywnie.

Przebudzenia (1990)

Przebudzenia (1990)

Przebudzenia to prawdziwa historia lekarza (w tej roli wspaniały Robin Williams), który, nie mając wcześniejszego doświadczenia z pacjentami, zaczyna pracę w szpitalu. Pod jego opieką znajdują się pacjenci pogrążeni w stanie katatonii, którym pozostali „specjaliści” nie dają już żadnych szans. Lekarz, jako jeden z nielicznych dostrzega w uwięzionych we własnym ciele pacjentach ludzi i pomimo sceptycyzmu niemal wszystkich pracowników szpitala rozpoczyna eksperymentalną terapię, która ma ich przywrócić do życia. Jego pierwszym pacjentem jest Leonard (w tej roli fenomenalny Robert De Niro), który „śni” już 30 lat.

Temat ciężki, mało rozrywkowy, więc można by powiedzieć – po co to oglądać, po co patrzeć na takie cierpienie, po co się zatruwać i smucić? Bo to film prawdziwy, pięknie zrealizowany i wyjątkowy, a kreacje Robina Williamsa i Roberta De Niro zasługują na najwyższy szacunek. Jestem w szoku, że ta produkcja jest tak mało znana i zdobyła tak mało nagród. Widocznie o prawdziwym pięknie nie przesądza liczba zdobytych statuetek, ale to, jak wielu widzom ten film zostaje w pamięci. I jak wielu ludziom otworzyły się oczy. 

Często jest tak, że dopiero obserwując kogoś, kto odzyskał coś straconego zauważamy jakie to cudowne i proste – cieszyć się z najzwyklejszych rzeczy, takich, do których sami nie przywiązywaliśmy wagi, traktując je jako normalny składnik codzienności. Bo przecież jak pośród pracy, korków, rachunków i sklepowych kłótni znaleźć chwilę, żeby się uśmiechnąć i zachwycić życiem? I czy w ogóle jest się czym zachwycać? Tym, że jest zimno? Że to kolejny weekend, kiedy pada? Tym, że nie można wyjść z domu bez złapania zapalenia płuc? Po co się wysilać, skoro i tak jedynym stosownym komentarzem opisującym rzeczywistość jest piosenka Elektrycznych Gitar o wdzięcznym tytule Wszystko chuj. 

Przeczytaj gazetę. Co tam jest napisane? Samo zło. Wszystko jest złe. Ludzie zapomnieli o co chodzi w życiu. Zapomnieli jak to jest czuć się żywym. Dlatego trzeba im przypomnieć. Trzeba im przypomnieć o tym, co posiadają i co mogą stracić. To co ja odczuwam, to radość z życia, dar życia, wolność życia, cudowność życia!

A jednak warto. Nigdy nie wiesz, czy kubek gorącej herbaty wypity dzisiaj na śniadanie nie jest tym ostatnim. Nigdy nie wiesz, która rozmowa z mamą, siostrą, sąsiadką, listonoszem czy sprzedawczynią w sklepie będzie tą ostatnią. Brzmi ponuro, ale czy nie lepiej wykorzystać wszystko w stu procentach? Nie lepiej żyć tak, żeby kiedyś pod koniec móc sobie powiedzieć, że przeżyło się wszystko, nie żałowało niczego? Nie lepiej zatrzymać się na chwilę i popatrzeć na niebo, które dzisiaj wygląda inaczej niż wczoraj, ale już nigdy nie będzie takie samo jak jutro? Nie lepiej poświęcić te 5 minut na zwykłą rozmowę? Nie lepiej zrobić sobie prezent i zjeść czekoladowe lody, które tylko dzisiaj będą smakować tak wspaniale? Może warto po prostu chwytać ten cholerny dzień, jak próbuje nam to od lat wmawiać Horacy. Może warto pamiętać o tym, co naprawdę w życiu się liczy.

Duch człowieczy jest silniejszy od najsilniejszych leków. To jego trzeba karmić pracą, zabawą, przyjaźnią, rodziną. To są sprawy istotne i właśnie o nich zapomnieliśmy.

Film gwarantuje nam tytułowe przebudzenie z permanentnego snu, w którym trwamy. I nawet jeśli owe przebudzenie jest krótkotrwałe, pozwala nadrobić stracone chwile lub po prostu zastanowić się przez moment nad tym, czy wszystko zmierza we właściwym kierunku, dlatego warto.

A Wy widzieliście Przebudzenia? Jakie macie refleksje? A może dopiero macie zamiar obejrzeć? Dajcie znać. :)

Pozdrawiam!

* cytaty pochodzą z filmu Przebudzenia (1990).

,
10 comments on “Czasami potrzebne jest przebudzenie.
  1. Widziałam już dawno temu i zdecydowanie muszę sobie odświeżyć. Jest cała masa świetnych filmów niedoceniona zarówno przez krytyków, jak i szerszą publiczność. Tutaj chyba dystrybucja dała ciała, a film naprawdę warto zobaczyć. Nie powiem, że dzięki niemu nagle ruszyłam 4 litery i zaczęłam zbawiać świat, ale naprawdę warto.

  2. Tak to wszystko pięknie opisałaś, że czuję się trochę zwolniona z oglądania ;) Nie wyjawiłaś prawie wcale treści filmu, a jednak oddałaś jego klimat i przesłanie. Pytanie techniczne: czy będę ryczeć przez 2 dni i mieć samobójcze myśli?

    Uwielbiam Cię czytać! Potrafisz zaciekawić każdym tematem :D

    • Ojeeej, dziękuję!!!

      Biorąc pod uwagę Twoją wrażliwość może być ciężko. Co prawda chyba obejdzie się bez myśli samobójczych, ale z tym płakaniem to całkiem możliwe, że zajmie Ci większą część dnia [i nocy :P] ;)

  3. Już wiem, co obejrzę z moim Kochanym wieczorem :) Ja raczej należę do wyznawców Horacego i biorę z życia pełnymi garściami. Mój Piotr zawsze mi mówi: „Ty mnie namawiasz do rzeczy o których sam bym nie pomyślał!” :D Nie można przepuszczać okazji do spędzenia z kimś czasu, do spełnienia się, do zrobienia czegoś tak odlotowego, że inni wylecą z butów z wrażenia :) Widzę, że postrzegamy świat bardzo podobnie. Ja dzisiaj dodałam wpis, po czym przeczytałam Twój i jestem w szoku, bo znalazłam blogową bratnią dusze chyba! :D

    • Życie trzeba brać pełnymi garściami, póki ma się taką możliwość!
      Właśnie przeczytałam Twój wpis i można śmiało powiedzieć, że łączy nas jakaś telepatia! ;)

  4. Jak tylko niektóre filmy nadrobię to jestem pewna, że sięgnę po tą produkcję. No i kolejny raz pewnie będę płakać bo niestety tak to już ze mną bywa ;).

  5. Oglądałam już kiedyś „Przebudzenia” i rzeczywiście jest wyjątkowym i pięknym filmem. Jest inny od takich filmów „schematowych”, które już nawet nie zaskakują. W sumie mało jest teraz filmów, które oglądnę i stwierdzę: Tak, to zdecydowanie jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam. Lubię te starsze filmy, ale te nowsze też obejrzę, bo czasami się zdarzą naprawdę dobre. Oglądałaś może „Mr. Nobody”? Jeśli nie to ogromnie ci polecam:)

    • O, nie słyszałam o „Mr.Nobody”, może kiedyś obejrzę :)

      Zgadzam się, pojawia się coraz mniej filmów, które zostają w pamięci na dłużej. A szkoda, bo w wielu przypadkach ktoś nie potrafił wykorzystać potencjału drzemiącego w danej historii.

      Pozdrawiam i dziękuję za odwiedziny :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>