Wytrzymasz więcej niż myślisz.

Zastanawiacie się czasem nad granicami? Gdzie leży granica ludzkiej wytrzymałości? Granica cierpienia? Granica bólu fizycznego?

Odczuwanie bólu jest subiektywne, nie ma co do tego wątpliwości. Dla osoby X przecięcie kartką papieru będzie istną agonią, a dla osoby Y skręcenie kostki nie będzie szczególnie dotkliwe. Podobno na ból da się zahartować, ale chyba wszystko zależy od jego rodzaju i natężenia. Oprócz tego jestem przekonana, że jednym z istotniejszych elementów jest wsparcie. Mając świadomość obecności innych osób, które chcą pomóc, wesprzeć czy choćby w najcięższych momentach w ciszy potrzymać za rękę, od razu ból staje się mniej dotkliwy. W sytuacji silnie bólowej często ma się wrażenie, że już więcej nie było się w stanie znieść. Tymczasem przytrafia się ból trzy razy silniejszy i okazuje się, że wytrzymałość własnego ciała może człowieka zaskoczyć. I koło się zamyka.

Nie jestem jakimś totalnym mazgajem nieodpornym na ból, w zasadzie znoszę go w miarę dobrze, bo dużo kontuzji już mi się w życiu przydarzyło. W drugiej klasie podstawówki, na początku moich treningów siatkarskich pierwsze wybicie palca wskazującego było dla mnie tak traumatyczne, że prawie odgryzłam pielęgniarce rękę przy zakładaniu opatrunku. Później liczba uszkodzeń rosła wprost proporcjonalnie do liczby rozegranych piłek. Przetrwałam. Do tego można doliczyć wypadki w domu (czyli te najbardziej śmiercionośne) – krzesła, fotele i framugi, które atakowały moje paluszki w stopach, spadające lustra wprost na moją głowę, rozbita antyrama, która przytuliła się centralnie do kości palca w dłoni, no i jazda na rowerze połączona ze skakaniem przez progi zwalniające, co jak się okazało, wcale nie jest takie fajne, jeśli oglądasz to do góry nogami, a rower znajduje się nad tobą te kilka nanomilisekund przed zderzeniem z asfaltem. Przetrwałam i to. Na początku roku przyplątało mi się totalnie z dupy zapalenie nerwu międzyżebrowego (pisałam o tym >tutaj<) i wtedy myślałam, że nie ma już gorszej dolegliwości, i wolałabym urodzić naraz pięciokilogramowe trojaczki niż srać z bólu przy każdym oddechu. Trzy tygodnie męki, a całkowite wyleczenie zajęło cztery miesiące. Przetrwałam to też. A na koniec osławione już salto, które wykonałam miesiąc temu nad rzeką o czym pisałam >tutaj<, które też przeżyłam nawet bez trwałych uszkodzeń ciała. A jednak siła pooperacyjnego bólu mnie zaskoczyła. 

Za mną dość parszywy tydzień. Co prawda wyczekiwany od prawie 3 miesięcy, mający być początkiem normalnego życia, ale mimo wszystko parszywy. Szpital, operacja, krew, kroplówki. Na samo wspomnienie ściska mnie w żołądku. Rok temu udało mi się uciec przed krojeniem mojego gardła, jednak tym razem okazało się, że organizm ludzki ma określoną wytrzymałość i wkrótce zacznie szwankować, jeśli w ciągu pięciu miesięcy głównym składnikiem diety jest sześć różnych antybiotyków. Wiedziałam, że nie będzie łatwo i przyjemnie. Wiedziałam, jaki będzie dokładnie przebieg operacji, bo zamiast spania w błogiej nieświadomości, miałam brać w niej czynny udział, żeby wszystko poszło bez komplikacji. Wiedziałam, że widok krwi nigdy mnie nie przerażał, więc i w tym przypadku sobie poradzę. Wiedziałam, że w kilku pierwszych dobach ból jest nie do opisania. Wiedziałam to wszystko, a mimo to przywiązana do kroplówki, ze łzami ściekającymi na poduszkę, myślałam tylko o tym, żeby nie zapomnieć oddychać.

Podczas opuszczania szpitala miałam ochotę wyprzytulać pielęgniarki za to, jaką otoczyły mnie opieką, cierpliwie znosiły ciągłe pytania i nocne wołania o kolejną kroplówkę. Osoby, od których nie spodziewałam się szczególnego zainteresowania dzwoniły, wypytywały, pocieszały i trzymały kciuki. A gdyby nie mój A, trzymający mnie dzielnie za rękę, prawdopodobnie z bólu wyrwałabym sobie wenflon z ręki i rzuciła się z okna. A jednak dałam radę. Żyję. Wróciłam. Wszystko się goi. Powoli wracam do normalności. A w ogóle to ile dni pod rząd można jeść zimny kleik ryżowy i budyń i nie zwariować? Wie ktoś? Bo zaczynam się już troszkę obawiać o mój stan psychiczny. Za niedługo uzyskam supermoc i stanę się niewidzialna, bo straciłam znów kilka kilo na niesmacznej diecie składającej się z papek i pulp ziemniaczanych. Ale tak to chyba już jest, że trzeba się jakiś czas przemęczyć, żeby potem było lepiej, a dzięki innym jesteśmy w stanie znieść więcej. Mam rację?

Pozdrawiam!

6 comments on “Wytrzymasz więcej niż myślisz.
  1. Oj… :( Toż to smutny tekst :(
    Człowiek ma niesamowitą wolę przetrwania i przeżycia. Chyba tylko dzięki temu, że nie wiemy, jak bardzo i jak długo będzie boleć, jesteśmy to w stanie znieść. Gdyby ktoś mi powiedział, że będę rodziła synka 17,5 godziny- pewnie zastanowiłabym się jeszcze raz. A tak- błogosławieństwo niewiedzy i nieświadomości pomógł ten czas przetrwać. Nadzieja trzyma przy życiu :P

    • Masz rację, niewiedza odgrywa tu dużą rolę. Poza tym zawsze można sobie pomyśleć, że gdzieś komuś zapewne przytrafia się większe nieszczęście..

      I czemu smutny? Powiedziałabym nawet, że jest w nim takie nieśmiałe światełko optymizmu, że przecież już niedługo będzie lepiej ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>