Kretyni znowu na Krecie, czyli relacja z wakacji!

Trudno napisać dobry tekst o pięknej i skąpanej w słońcu Krecie, kiedy tutaj temperatura za oknem nie przekracza dwudziestu stopni. Choć wróciliśmy prawie tydzień temu, nadal mam dreszcze, gdy muszę wyjść na zewnątrz a sweter to teraz mój najlepszy przyjaciel.

Kreta. Nie spodziewałam się, że wrócę tam tak szybko. Rok temu, po tygodniu wakacji, wsiadając na pokład samolotu do Katowic, mruknęłam do siebie w duchu Jeszcze tu wrócę. Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że dwanaście miesięcy później będę smażyć pośladki na kreteńskiej plaży to kazałabym mu się jebnąć w czoło, jak Curie-Skłodowska w słynnym memie. 

Rethymno

Poprzednim razem zabunkrowaliśmy się we wschodniej części wyspy, o czym pisałam >tutaj<. Tym razem osiedliśmy mniej więcej w części centralnej – w malowniczej miejscowości Rethymno. Internetowe artykuły przekonywały, że to jedno z najpiękniejszych miasteczek, jeśli nie najpiękniejsze. I rzeczywiście – wąskie uliczki, stary port wenecki, gigantyczna twierdza nad brzegiem morza i plaża długa na dwanaście kilometrów budowały uroczy klimat. W samym centrum miasteczka spędziliśmy cały jeden dzień, jednak po ośmiu godzinach człapania po kilkudziesięciu uliczkach, omijając wszędobylskie auta i skutery, w czterdziestu stopniach i chmarach komarów, które wypijały z nas krew jak najlepsze wino, zaczęliśmy z lekka kwestionować czy jest to aby najpiękniejsze miasto Krety..

Forteca wenecka

Forteca wenecka

Forteca wenecka + widok na zachodnią część Rethymno

Forteca wenecka + widok na zachodnią część Rethymno

Kociaki na Krecie chude i wiecznie głodne

Kociaki na Krecie chude i wiecznie głodne

Klimatyczne uliczki

Klimatyczne uliczki

Chania

W Chanii mieliśmy lądowanie, więc zauroczyła mnie już podczas pierwszej przejażdżki do hotelu. Całe miasto (tak, jak i wcześniejszy Rethymno) to wielki miszmasz kulturowy – wenecka zabudowa przeplata się z tureckimi meczetami. Tutaj zachwyca wszystko – masa wąskich uliczek, straganów, sklepików, czarujące Stare Miasto oraz wielki port wenecki z widokiem na morze i latarnię morską. Każdy z tych elementów, chociaż pochodzący z innych okresów i kultur, tworzy piękną i idealną całość. Serio, nawet gdy ma się wrażenie, że z nieba zamiast słońca kapie lawa, termometr pokazuje 42 stopnie, a podeszwy w butach sportowych palą stopy żywym ogniem, człowiek i tak jest zachwycony i co chwile z ust wymyka się takie polskie Kurwa, pięknie tu. 

Chania: część portu weneckiego

Chania: część portu weneckiego

Latarnia morska - jedno z najsławniejszych miejsc w mieście

Latarnia morska – jedno z najsławniejszych miejsc w mieście

W drodze na latarnię podeszwy butów parzyły żywym ogniem ;)

W drodze na latarnię podeszwy butów parzyły żywym ogniem ;)

Żywej duszy nie ma na horyzoncie - bo kto normalny w taki upał wychodzi z domu..

Żywej duszy nie ma na horyzoncie – bo kto normalny w taki upał wychodzi z domu..

Widok na drugą część portu i Weneckie Arsenały

Widok na drugą część portu i Weneckie Arsenały

Właścicielka bloga w trakcie udaru słonecznego z płonącymi butami, cieszy się ze zdobycia latarni morskiej, ale ma zamiar rzucić się wprost do morza ;)

Właścicielka bloga w trakcie udaru słonecznego z płonącymi butami, cieszy się ze zdobycia latarni morskiej, ale ma zamiar rzucić się wprost do morza ;)

Oprócz portu, latarni morskiej i Starego Miasta na uwagę zasługuje także Hala Targowa – jak to mówią, to takie MUST SEE. Tam, obładowani w pamiątki spędziliśmy sporo czasu lawirując między kolejnymi straganami Świeże, niektóre jeszcze żywe ryby, sery, owoce, przyprawy i oliwki wielkości śliwek to tylko część produktów, które można tam znaleźć.

Kilogramy serów i innych przetworów

Kilogramy serów i innych przetworów

Zioła, herbaty, przyprawy i inne farfocle

Zioła, herbaty, oliwy, przyprawy i inne farfocle

Ślimaczki

Ślimaczki

I oczywiście oliwki, niektóre wielkości naszych śliwek!

I oczywiście oliwki, niektóre wielkości naszych śliwek!

Ciężko słowami opisać piękno Chanii. To taki typ miejsca, o którym długo się pamięta i często wraca do niego we wspomnieniach. 

Co (znowu) mnie urzekło w Grecji?

# Serdeczność – Grecy wydają się przyzwyczajeni do turystów, chętnie wdają się w pogawędki, zaczepiają, dopytują, sprawiają wrażenie ciekawych ludzi, chcących bliżej poznać tych, którzy rzucają wszystko i przyjeżdżają odpocząć w ich rejony. A do tego naprawdę wykazują się anielską cierpliwością wobec przejawów braku kultury niektórych przybyszów (pisałam o tym >tutaj<).

# Zero nachalności – przechadzając się po mieście pracownicy restauracji i tawern witają turystów na ulicy i taktownie zapraszają do lokalu. Specjalnie piszę taktownie, bo nie rzucają się nikomu na głowę, nie ciągną za ręce, nie mówią MUSISZ TU ZJEŚĆ!, jak to ma miejsce na Krupówkach w Zakopcu. 

# Uczciwość – robiąc zakupy dwa razy spotkałam się z sytuacją, gdzie chcąc zapłacić za towar drobniakami brakło mi odpowiednich monet. Sprzedawcy widząc, że nie za bardzo uśmiecha mi się rozmienianie banknotów obniżali cenę, przekonując mnie, że to wystarczy. Byłam w szoku, bo jakoś żyłam w przeświadczeniu, że inni najchętniej wygrabili ode mnie dwa razy więcej niż to konieczne.  

# Język angielski – w większych miasteczkach Grecy naprawdę nieźle potrafili dogadać się po angielsku, niektórzy nawet interesowali się językiem polskim i dopytywali nas o znaczenie niektórych słów. Hitem było jednak spotkanie z szefem kuchni w naszym hotelu podczas wieczornego grilla. Gość wyglądał jak stuprocentowy Grek – czarne włosy, ciemna skóra, gruby czarny jak smoła wąs, który przypominał martwą łasicę przyklejoną do twarzy i zarost, tak ciemny i gęsty, jakby namalowany czarną farbą. Do tego odziany w kucharskie ciuszki i czapę stanowił kwintesencję mojego wyobrażenia o greckim kucharzu! Chcieliśmy my podziękować za świetne żarcie, zadaliśmy kilka pytań po angielsku, na co on uśmiechnięty, przewracając kotleta na drugą stronę odpowiedział PORK*. Także tego… rozmowę skończyliśmy greckim EFCHARISTO i poszliśmy po drinka. Najważniejsze, że szef się cieszył :)

Jeśli do tej pory wahaliście się przed wyjazdem na Kretę, to mam nadzieję, że chociaż trochę Was przekonałam. Naprawdę warto chociaż raz w życiu tam dotrzeć. My mieliśmy to szczęście dwukrotnie. Gwarantuję masę genialnych wspomnień!

A jeśli najdzie Was ochota na spożywanie lunchu w porcie w Chanii, radzę uważać na latające bombowce – mewom jest obojętne czy nasrają Wam na głowę czy na kanapkę. Ale podobno to na szczęście? ;) 

Pozdrawiam!

P.S. Jakość zdjęć zdeformowanych przez ten serwis tak boli, że mam ochotę wydłubać sobie oczy długopisem z napisem Kreta, który nabyłam w jednym ze sklepów z pamiątkami. Ale tego nie zrobię. Szkoda mi go zabrudzić. Trzeba więc to wytrzymać…

*wieprzowina

7 comments on “Kretyni znowu na Krecie, czyli relacja z wakacji!
  1. Zdjęcia i tak wyglądają pięknie. Opisałaś Kretę bardzo ciekawie. Regularnie odwiedzam bloga Polki, która mieszka na stałe w Grecji i Wasze opisy Greków się pokrywają. Aż miło poczytać o kulturalnych i serdecznych ludziach.

  2. Twoje zdjęcia są nawet lepiej niż dobre, wrzucam bardzo rzadko bo u mnie wyglądają jakbym robiła je przez suszarkę do włosów. Pięknie tam, ale 42 stopnie skutecznie mnie zniechęcają…

  3. Na Krecie byłam dwa lata temu. Widzę że nic się nie zmieniło :) Chania nadal goraca i pusta, Rethymno jak Rethymno. No i upał :) Wzgórza zmienione na gaje oliwne, znaki drogowe w górach ostrzelane przez kreteńskich mafiosów… Fajnie tam :) Na mnie i tak największe wrażenie zrobił szwagier właściciela hotelu który przez cały dzień robił NIC. Ale bycie szwagrem zobowiązuje :) Pozdrawiam krete/yńsko :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>