Byłam dziwnym dzieckiem…

Pamiętacie ten skecz Ani Mru Mru o wampirach? Tam Toffik, wampirek o wątpliwej urodzie pyta tatusia Tato, czy ja jestem jakiś dziwny? Tata patrzy na syna z pożałowaniem i mówi Syneczku, ty nie jesteś dziwny. Ty jesteś… oryginalny.

I ja też byłam oryginalna. Oryginalna na 150 procent. Grzeczna, cichutka, nie robiłam kłopotu (do pewnego wieku) i praktycznie nie wydawałam żadnych dźwięków. Pytana odpowiadałam na pytania, niepytana milczałam i obserwowałam innych. Lubiłam przebywać w grupie, ale doskonale czułam się w samotności. Miałam wyimaginowanego przyjaciela (kto nie miał?!), dwa razy w życiu wyjadłam kotu suchą karmę z miski i nasikałam też na podłogę za kwiatkiem, bo nie chciało mi się iść do łazienki parę metrów dalej. Marzyłam o wielu rzeczach, prosiłam o niewiele. Nie wiem skąd wzięła się u mnie świadomość konieczności oszczędzania, ale przez większość dzieciństwa żyłam w przekonaniu, że wiele rzeczy jest za drogich, żeby prosić rodziców o ich zakup. Można powiedzieć, że byłam dzieckiem wymarzonym, takim co to nigdy nie wydziera się na środku sklepu CHCEEE TOOOOOO! KUP MIIIIIIII! Ja grzecznie maszerowałam obok rodzica, maślanymi oczami rozglądając się po regałach i marząc, że mam te wszystkie skarby. Pytana Chcesz to? Kupić ci?, sparaliżowana, obliczając w głowie pierwiastki i całki na podstawie ceny produktu odpowiadałam Nie, dziękuję. Oczywiście to, że o nic nie prosiłam, nie znaczyło, że żyłam jak pustelniczy biedak. Tatuś co upatrzył, to kupił, a mama z niemieckich wojaży kupowała zajebiste na tamte czasy rzeczy. 

Nigdy nie skarżyłam się, że czegoś mi brakuje, że marzę o zestawie kolorowych koralików do bransoletek (bo przyjaciółka nauczyła mnie takowe zaplatać), tamagotchi (bo wszyscy mieli), gameboyu z tetrisem czy kleju brokatowym. Jako ośmiolatka zapragnęłam grać w koszykówkę, więc zbierałam pieniążki przez kilka ładnych miesięcy nikomu o tym nie mówiąc. Później wręczyłam tacie kopertę z zawartością mówiąc Możesz mi za to kupić kosza?. Teraz myślę sobie CHOLERA, JAKA JA BYŁAM SŁODKA!, ale rodzice pewnie się martwili, że jestem jakaś psychiczna czy coś.

Bo ja o swoich zachciankach nic nie mówiłam, tylko pisałam (bazgrałam raczej) o tych rzeczach w listach do Świętego Mikołaja. Swoją drogą to największa ściema dzieciństwa i nie wiem jak można taki kit wciskać własnym dzieciom. Gdy wszystko wychodzi na jaw, naprawdę może to się skończyć silnym załamaniem nerwowym malucha. W moim przypadku czar prysł, gdy pewnego pewnego ranka obudziłam się wcześniej niż zwykle i zauważyłam jak tatuś mój list chowa do kieszeni. A ja się dziwiłam, że dotychczas dostawałam wór czekolady i jakieś rzeczy spoza mojej listy. Tak właśnie skończyła się moja wiara w grubego pana z brodą, który niby przeciska się przez komin.

Nigdy też nie powiedziałam, że chciałabym na urodziny dostać planszówkę Eurobiznes, bo wydawało mi się, że cena jest zbliżona do połowy samochodu. I wtedy właśnie postanowiłam zrobić własny. I ja do dzisiaj nie wiem co mi strzeliło do łba i ile godzin nad tym spędziłam, ale sama do siebie się uśmiecham na wspomnienie, że potrafiłam całe popołudnie przesiedzieć na podłodze w pokoju i grać sama ze sobą. Bo tak, jako najmłodsza z rodzeństwa, jeszcze chyba w łonie matki przyswoiłam umiejętność samodzielnego zajmowania się sobą. Nie miałam problemu ze spędzaniem czasu w pojedynkę, ba, wtedy czułam się najlepiej, bo żaden kretyn mi nie przeszkadzał. Dziwadło, bez dwóch zdań. 

I dzisiaj, na skutek domowych porządków, po odkopaniu z otchłani pudełka z magiczną zawartością, dzielę się ze światem jedną z największych tajemnic mojego dzieciństwa. Mój Eurobiznes odbiegał znacznie od tego sklepowego. Najpierw znalazłam w domu planszę z podobnej gry BIZNESMEN, a że oprócz niej nie było ani pionków, ani kart, ani gotówki zakasałam rękawki i rzuciłam się w wir projektowania. Nie wiem ile miałam wtedy lat, ale patrząc na styl pisma, sądzę, że jakieś 11-12…

Plansza z autorskimi poprawkami ;)

Plansza z autorskimi poprawkami ;)

Najwięcej wysiłku kosztowało mnie wyprodukowanie pieniędzy i to w ilości hurtowej. Ja widać grafiką i kolorystyką wzorowałam się na prawdziwym Eurobiznesie. Kunszt i dopracowanie aż bije w oczy! :D

Własnoręcznie zaprojektowana gotówka..

Własnoręcznie zaprojektowana gotówka..

I to nie kilka sztuk, ale cały wór forsy!

I to nie kilka sztuk, ale cały wór forsy!

Po czasie zorientowałam się, że plansza jest przystosowana do jakichś innych przeliczników, więc bez szczypania się wprowadziłam własne poprawki. Dopisałam zera do wszystkich liczb, a przy starcie dodałam premię – sprawiedliwość musi być!

'400 zł za przejście' ♥

’400 zł za przejście’ ♥

Czymże byłby Eurobiznes bez kart własności. Logiką przewyższam tutaj samego Platona, bo sama bez żadnego wzoru opracowałam zasady płatności za posiadłości. Bez kitu, nawet teraz nie ogarnęłabym tego lepiej!

Zwróćcie uwagę na detale i oprawę graficzną!

Zwróćcie uwagę na detale i oprawę graficzną!

Wtedy byłam najszczęśliwszym dzieckiem na ziemi. Miałam swoją własną grę! I chociaż tak bardzo się z niej cieszyłam, z nikim w to nie grałam, bo A NUŻ BY ZEPSUŁ! To była moja słodka tajemnica, do czasu kiedy mojej drugiej połówce zdradziłam, jakim dziwakiem byłam i oczywiście kazał mi wszystko pokazać i zacząć grać…

Wiecie kiedy spełniło się moje marzenie o posiadaniu Eurobiznesu? Dostałam od mojego faceta, na bodajże 24 urodziny. Radość kosmiczna! Jak widać, nigdy nie jest za późno :)

Byłam dziwnym dzieckiem. I bardzo się z tego cieszę. Bo nie próbowałam się dopasować, bo byłam po prostu sobą i nie przejmowałam się tym, co sądzą inni. I tak już mi zostało. I tak już będzie, do śmierci.

Pozdrawiam!

4 comments on “Byłam dziwnym dzieckiem…
  1. Ale zdajesz sobie sprawę, że za lewą produkcję pieniędzy idzie się siedzieć :D również mieliśmy Eurobiznes, choć nie takie zacne jak Twoje, jako najmłodsza nie miałam pojęcia o co chodzi, ale i tak pykałam z rodzeństwem.
    I nie miałam wymyślonego przyjaciela ( w formie ludzkiej), miałam wymyślonego psa :D miał na imię Junior.

  2. Jestem pod wielkim wrażeniem!!!! Co za kreatywność, motywacja, wytrwałość i samowystarczalność!! :D
    Ja za to tworzyłam z siostrą krzyżówki. Acha, i temperowałam wielką temperówką wszystko, co wpadło mi w ręcę, aby później tymi wiórami wypełnić specjalną szufladkę- miało to być posłanie dla pisklaka, który miał wypaść z gniazda, a którego ja miałam znaleźć i się nim zająć (to marzenie pozostało niespełnione haha).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>