„Jutro sklep będzie nieczynny” – made in Poland.

Dopiero środa (prawie już czwartek), a ja w tym tygodniu wygrałam już wiertarkę, bon zakupowy oraz mikser. Dodatkowo dostałam zaproszenie na pokaz pościeli z wełny owczej, artykułów do masażu w warunkach domowych. Zostałam też zapewniona, że jeśli przyjdę z partnerem, otrzyma on w prezencie komplet wysokiej jakości ręczników. Pięknie, bo nawet nie brałam udziału w żadnym konkursie. Tylko od kilku dni odbieram po cztery, pięć telefonów (niektórych głuchych) z informacją o nagrodzie. Dzisiaj z kolei dodzwoniła się do mnie pewna kobieta z pytaniem czy w ciągu ostatnich 20 lat spowodowałam wypadek komunikacyjny JAKO kierowca pojazdu. Odpowiedziałam, że przez ostatnie 15-18, w pełni świadomych lat nic takiego nie miało miejsca, jednak co do czasów przedszkolnych nie mam pewności…

Jutro dzień wolny. A ja niestety byłam zmuszona wybrać się na malutkie zakupy, albowiem moja babcia, która postanowiła swoim przyjazdem zmącić spokój domowego ogniska, ma żołądek bez dna. Wiecie co dzieje się w sklepach dzień przed dniem wolnym? Armagedon tak w skrócie.

Dzień wolny oznacza, że sklepy są przeważnie zamknięte. Jeden dzień. Dokładnie 24 godziny. Tymczasem ludzie robią zapasy, jakby światem miała zawładnąć apokalipsa. Specjalnie na zakupy wybrałam się pod wieczór, licząc, że ominą mnie największe tłumy. Wpadam do Lidla, a tam mrowisko takie, jakby co najmniej rzucili w promocji nowe buty do biegania. Ludzie błądzą między regałami z obładowanymi po brzegi wózkami, przepychają się, biegną zajmować kolejkę, pięć razy wracają się po kolejny produkt. U kogoś w wózku widzę trzy chleby i kilka bułek. Inna pani ładuje chyba mężowi kilka opakowań wędlin, a ten stoi jak porażony.

Pan: Po co to?
Pani: Na śniadanie będzie.
Pan: Przychodzi ktoś?
Pani: Na obiad dopiero.
Pan: To po co tyle na śniadanie?
Pani: To poda się na kolacje jak zostanie.
Pan: Ale na kolację już kupiliśmy.
Pani: To się zje w weekend.
Pan: Dzisiaj jest środa.
Pani: Daj mi spokój, pakuj.

Znosząc cierpliwie miażdżące siły pozostałych rodaków, oddziałujące na moje stopy i łokcie w trakcie marszu pomiędzy stoiskami ustawiam się wreszcie w kolejce. Stoję i zerkam. Pięć słoików oliwek. Trzy opakowania mrożonek. Pizza. Kilka paczek sałaty. Ser biały. Ser żółty. Mozarella w wiórkach. Mozarella w kulce. Pasta z jajek. Pasta z ryby. Wino razy dwa. Parówki. Makaron. Tortille. Pasta z pomidorów. Pomidory w worku. Pomidory w puszce. Czuję się aż głupio, kładąc przy kasie tylko trzy banany, paczkę chusteczek, dwa kefiry i soczki. Tuż za mną przebija się nieśmiało klient. Patrzę. W wózku dwie bułki i 12 browarów. Zerkamy na siebie. Uśmiecham się i myślę, że to faktycznie jedyny sposób, żeby przetrwać to szaleństwo.

Pozdrawiam :) 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>