Zrób sobie prezent – każdemu coś się należy od życia

Aktywność blogowa nieco spadła, a wszystko spowodowane wessaniem w surrealistyczną rzeczywistość Davida Lyncha. Tak, w kilka dni, po raz pierwszy w życiu obejrzałam całość Miasteczka Twin Peaks. Pamiętam, gdy jakieś dziesięć lat temu tak bardzo chciałam to obejrzeć w telewizji, jednak były to jeszcze czasy, kiedy szanowna rodzicielka miała istotny i decydujący wpływ na to, co mogę, a czego nie mogę oglądać. Ale, że czasy jej dominacji na wszelkich polach już dawno minęły wpadłam w ten serial jak śliwka w słodziuchny kompocik. I tak naprawdę mój mózg do tej pory nie ogarnął jeszcze tego, co zobaczyły oczy, toteż wybaczcie gdzieniegdzie pojawiający się bełkot. Zapewniam, że nie będę opisywać swoich wrażeń po seansie, bo chyba nie mam wystarczających kompetencji umysłowych…

Jedna scena szczególnie utkwiła mi w pamięci i ma związek dzisiejszą sytuacją Agent Cooper radził szeryfowi, żeby każdego dnia zrobić samemu sobie prezent, może to być coś małego, coś co sprawi, że dzień po prostu stanie się lepszy. I to ma sens! Za każdy mały krok, mały sukces próbuj się nagradzać, bo sprawiając sobie frajdę, sama droga do celu okaże się przyjemniejsza. Naucz się doceniać siebie.

Ale uwaga – warto jednak zachować umiar. Nowa sukienka czy para butów co tydzień, może z początku spowoduje radość, ale zapewniam, że ta szybko minie, szczególnie gdy zobaczysz stan swojego konta pod koniec miesiąca. Nie musisz tego robić codziennie, ale na przykład raz w tygodniu brzmi racjonalnie. W Twin Peaks chodziło akurat o filiżankę kawy, u mnie  w obecnej sytuacji zadziałałby deser czekoladowy albo karmelowe ciasto, ale niestety jestem na przymusowym słodyczowym detoksie do września, więc muszę wymyślać coś innego :D 

I dziś… dziś jest ten dzień. Ten dzień, kiedy stwierdziłam, że muszę sobie zrobić prezent, żeby nie zwariować. Ale dopiero pierwszy raz w tym miesiącu (dobrze, że dopiero siódmy dzień czerwca). Dzielnie przekroczyłam próg Biedronki, kierując się do tej jedynej półki, żeby kupić tę jedyną zaplanowaną rzecz. Pech chciał, że przechodziłam obok boksu, na szczycie którego zauważyłam książkę. A pod nią zauważyłam więcej książek… Pomyślałam przecież nic się nie stanie jak zerknę. Nieśmiało podeszłam do tego stosu, wzięłam pierwszą do ręki… i wtedy zobaczyłam cenę. 9,99! A potem stwierdziłam, że skoro do września nie mogę jeść słodyczy (czyli kupować też nie), to przecież należy mi się coś od życia, więc zakup JEDNEJ książki w tak dobrej cenie nikomu nie zaszkodzi. Pokrzepiona tą myślą po dwudziestu minutach grzebania, upewniwszy się, że przejrzałam już cały pierdyliard tytułów, zadowolona z bananem na twarzy taszczyłam do kasy trzy książki. Kasjerka popatrzyła na mnie krzywo dopiero na odchodnym, gdy zmierzałam do drzwi obwąchując nowe nabytki i wzdychając aaach po każdym zaciągnięciu. Co z tego, że chłop znowu mnie wyśmieje. Przecież od książek się nie tyje, a od słodyczy i owszem, więc ten zakup jest taki no…ku zdrowotności!

Ktoś by pomyślał, że nie mam życia towarzyskiego, bo mogę z przyjemnością poświęcić całe popołudnie na trzysta stron książki, ale damn! ja po prostu je uwielbiam! :)

Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>